B ó l


B ó l  s o b i e  z a d a n y

Co jeszcze się stało między nami
Jaka płaszczyzna wyrosła nowa
Obszar o dodatkowym wymiarze

Idąc od początku
Jest
Uparte rzucanie nowicjusza
Rzucanie błysku w okno
Ku sennej
Sączenie szelestu w szybę
Próba bezsłowa
Lecz znacząca
Słana pod przemożnym przymusem
Zagadek łatwych
Słana aż do pierwszego
Celnego trafu
Jest to początek historii
Tworzenie wzajemnych przestrzeni

Potem
Gdy ziarno spojrzenia
Padnie na żyzna glebę
Zakiełkuje
Oplecie licznym korzeniem
To nowe poletko
Teraz jest już pewność
Że przy najbliższej okazji
Zaowocuje odbiciem lustrzanym

O
Co za radość
Odczuć trafienie w siebie
Ognik
Przepustkę rzucona mimochodem
O
Teraz trwa trudność otwarcia
Pierwszej strony
Księgi zbliżeń
Męka odroczonych zwycięstw

Są rycerze prości
Im nie trzeba wymyślnych reguł
W tym wypadku niezbędny jest gest
Misternie pleciony z przemyśleń
Do słów otwarcia furty

Najpierw wychylenie
Potem szersze
Aż do wyważenia
To jest pierwsza płaszczyzna wiązań
Na drodze

Jest i następna
Łowienie ukrytych blasków
Zaświeceń cieni zza zasłon
Czerpanie niepokoju
Z odchyleń uchyleń
Granie linii ciepłych
Jakie to ważne
Nowa płaszczyzna
Raczej przestrzeń
Otulina pajęcza misternie tkana
Codziennie z tańca spiętrzeń
Zwarć rozwarć
Spleceń rozpleceń
Owalów giętkich
Całych pąków
Bukietów linii
Splotów zawęźleń
Floresów tajemnej krasy
Grających ustawiczną symfonię
Błogich kuszących przeinaczeń

Ta gra nabiera nowych znaczeń
Dech zapiera u adoratora tajemnic
To płaszczyzna zadana za sprawą
Daru urody

Ta płaszczyzna otacza mocno
Otuliną
Niezniszczalną
Ta łączy chwyta w siadła trwałe
Męczy rozłąką
Że po rozstaniu
Odkrycia nowe

A gdy już przyjdzie czas czerpani
Z niewyczerpanego
Czas odkryć
Nauk nieustannych wzajemnych
Otwarcia studni niewyczerpanej
Studni utonięć wzajemnych
Szukania urojeń w wybuchach
Urojeń utonięć snów ostatecznych
Plecionych w węzeł zapewnień
Więc gdy przyjdzie
Stanie u wezgłowia
Urojony czarcik
Ćma czarno-skrzydła
Podrzutek szepczący szpetnie
Ten przygotuje następną płaszczyznę
Płaszczyznę odchyleń
Splątań zawikłań

Czasem jest to płaszczyzna ostateczna
Płaszczyzna tkana z dziur zwątpienia
Niewiary
Szczelin rozpychanych codziennością
Spękań
Zadanych
Przez nieprawych zalotników
Niewinnej swej urody
Te gdy złowione
Stają się kroplą mrozu
Od niej zaczyna się nawarstwiać
Zaspa zapora grząska
Nie do przebycia
Aż spiętrzy się nawałą
Wtedy przychodzi czarne
Podszepnięte przez czarta zazdrości
Wtedy kruszeje
Pada w gruz
Misternie budowane
W materiale kruchym piękna
W materiale kruchym srebrnej nici
Pajęczej
Wzajemnych usidleń

Lekarstwem wtedy
Gorzkim zjadliwym
Twardy bój niewinnych
On bywa oczyszczeniem
Początkiem nowej budowli
Błyskawicznych odrodzeń
Wypalanych w ogniu zazdrości
Początkiem nowej drogi wiązań

Co wypali się całkiem
Powraca nagle w nagłym
Impulsywne ocalenie
Co wypali się całkiem
Powraca w powolnym chłodzie
Ocalone

I tak bywa
I tak

I znów trwa droga usiana haftem zbliżeń
Ta droga
Co ją karzeł zazdrości
Gmatwa niemiłosiernie
Nieodpornym

To więc dzieje się między nimi
Wyrasta płaszczyzną bólów
Danych sobie za sprawą miłości
























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz