P o z o s t a ł a p o ś w i a t a
Rozkwita w wielkim
blasku
Czarnej aureoli
Bo się wplata
W niesforne
Nieposłuszne
Wiecznie z ugładzenia wyzwolone
Za sprawa swojej skrętnej natury
Bo grzęźnie
Tworząc ażurową kulę świetlistości
Z czerni smolistej utkana
Wplata się i grzęźnie
Zatrzymane w biegu słońce
Wplata się i grzęźnie
Tworząc koronę
Dla oczu jeszcze dziecięcych
Magnes nieodparty
Pierwsze zwracanie głowy w tamtą stronę
Oto dalsze szczegóły
Nosi swoją czerń
Kominiarski wiecheć
Szara konopia znaczy
Miejsce ukrycia urody
Z lenistwa porannego
Byle jak zarzucony
Nosi swoją czerń od święta
Tam gdzie siada motyl
Zaczyna się kondensat
Skręt zbity
Bo tak nakazuje zwyczaj
Na niedzielna mszę
A na popołudnie
Do dorosłości przysposabiając
Cudo sprawią domowe znawczynie
Z czerni i motyli
Niesie mała dama
Utkana paradnie
Swoją dziecięca dumę
Tyle lat patrzenia
Głuchego patrzenia
Przyjaznych zabaw
Grania w berka
Kto się boi czarnego luda
Ele mele dutki
Idzie lis koło drogi
Az tu nagle wsączy się
Blask czarnej aureoli
I następne odkrycie
Kaskada odkryć
Katastrofa w patrzeniu
Łowienie błyskotek
Odkrywanie nieznanego bogactwa
Ogarnia wreszcie niepojęty przymusy
Uparte szukanie okazji
Aż się przydarzy
Może wśród gonitwy
Zabawy w chowanego
Na pewno podczas nalotu
Szturmu watahy
Czarnej aureoli
Bo się wplata
W niesforne
Nieposłuszne
Wiecznie z ugładzenia wyzwolone
Za sprawa swojej skrętnej natury
Bo grzęźnie
Tworząc ażurową kulę świetlistości
Z czerni smolistej utkana
Wplata się i grzęźnie
Zatrzymane w biegu słońce
Wplata się i grzęźnie
Tworząc koronę
Dla oczu jeszcze dziecięcych
Magnes nieodparty
Pierwsze zwracanie głowy w tamtą stronę
Oto dalsze szczegóły
Nosi swoją czerń
Kominiarski wiecheć
Szara konopia znaczy
Miejsce ukrycia urody
Z lenistwa porannego
Byle jak zarzucony
Nosi swoją czerń od święta
Tam gdzie siada motyl
Zaczyna się kondensat
Skręt zbity
Bo tak nakazuje zwyczaj
Na niedzielna mszę
A na popołudnie
Do dorosłości przysposabiając
Cudo sprawią domowe znawczynie
Z czerni i motyli
Niesie mała dama
Utkana paradnie
Swoją dziecięca dumę
Tyle lat patrzenia
Głuchego patrzenia
Przyjaznych zabaw
Grania w berka
Kto się boi czarnego luda
Ele mele dutki
Idzie lis koło drogi
Az tu nagle wsączy się
Blask czarnej aureoli
I następne odkrycie
Kaskada odkryć
Katastrofa w patrzeniu
Łowienie błyskotek
Odkrywanie nieznanego bogactwa
Ogarnia wreszcie niepojęty przymusy
Uparte szukanie okazji
Aż się przydarzy
Może wśród gonitwy
Zabawy w chowanego
Na pewno podczas nalotu
Szturmu watahy
Na lipcową oazę
chłodu
Teraz przymus czynem błyśnie
Zawiruje nieznajomeTeraz przymus czynem błyśnie
Dłoń na chwile zawiśnie
Na kuszącej czerni
Pieszczota bolesną
Na dłoni przetrwa ślad misterny
Do wieczora przetrwa
Oto nagroda za pierwszą odwagę
Zdumione znieruchomienie
Błyski sztyleciki
A zza nich wyziera
Pierwsze zrozumienie
Zawiruje nieznajome
Więc nagroda za pierwszą odwagę
Szpiczaste żądełko pochwały
Co za zdarzenie
Los błogosławiony
Oderwały się tysiące sreber
Gejzer oderwał się kroplisty
Padł zimnym deszczem ukośnym
To w nagrodę struga wzburzenia
Za sprawą pokrzywdzonej
Tak się zaczęły
dyngusy
Wszystkich wzajemne
Symfonia
Basso continuo wodospadów
Kontrapunkty falsetów
Flety dziewczęce
Perkusje deszczy wzbijanych
Tylko ci dwoje wiedza
Co znaczy początek tej zabawy
Za sprawą czarnej aureoli
Zatrzymanego słońca
Ukazują się nowe światy
Pożyczanie kredek
Dar gumki
Podpowiadania
Puszczanie kaczek
Kto puści więcej
Wspólna wyprawa z wujem za miasto
Są tu normalności
Znaczą jednak nowe ślady
Na miękkiej glinie
Ożyją kiedyś spóźnionym cierpieniem
Wtedy żal był jeszcze płochy
Pozostanie po niej ażurowa świetlistość
Gdy pani powie
Żegnamy dziś koleżankę
Wtedy żal był jeszcze płochy
Pozostała poświata uwięziona w czerni
Gdyby mogła wtedy pozostać
Wszystkich wzajemne
Symfonia
Basso continuo wodospadów
Kontrapunkty falsetów
Flety dziewczęce
Perkusje deszczy wzbijanych
Tylko ci dwoje wiedza
Co znaczy początek tej zabawy
Za sprawą czarnej aureoli
Zatrzymanego słońca
Ukazują się nowe światy
Pożyczanie kredek
Dar gumki
Podpowiadania
Puszczanie kaczek
Kto puści więcej
Wspólna wyprawa z wujem za miasto
Są tu normalności
Znaczą jednak nowe ślady
Na miękkiej glinie
Ożyją kiedyś spóźnionym cierpieniem
Wtedy żal był jeszcze płochy
Pozostanie po niej ażurowa świetlistość
Gdy pani powie
Żegnamy dziś koleżankę
Wtedy żal był jeszcze płochy
Pozostała poświata uwięziona w czerni
Gdyby mogła wtedy pozostać
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz