Pochwalony

N i e c h a j   b ę d z i e   p o c h w a l o n y

  

Już wiatry już prądy 
Unoszą w dale
W dale unoszą
Zabrązowienie
Zmetalowienie
Zaspiżowienie
Wołanie metaliczne
Głosy soczyste
Zadźwięczenie złotem podszyte
Za sprawą dwóch
Bo z słabi  w pojedynkę
Uwieszonych u wisiora
W wilgotnej komorze

O jak się roztkliwił
Rozmuzycznił
W majowej przestrzeni
Od wieków  zawsze tak samo wołający
U najwyższej powały
Na osiach skrzypiących
Samotny zaśniedziały
Rozkołysany
Przez dwóch przejętych
W bieli kusej odzianych


Ciągną strumyczki
Sznureczki
Pojedyncze krople
W  tęczach
To w poważnych brązach
Ciągną gwiaździście
Ze ścieżek drożynek
Spływają
Aż się cała przestrzeń zaczłowieczy
W ten jeden dzień
Jak nigdy

Teraz gruchną  potężne
Z graduałów peduałów
Manuałów dobyte
Zestawione akordy
Aż pod sklepieniem
Zachyboce starożytna materia
Na pamiątkę
Od zarazy uwolnienie
Dziękczynnie uwieszona

I wtórem odezwą się zestrojone
Odświętnie wyrównane
Głosy natchnione
Od najwyższych rejestrów
Do chropawych niskich grzmotów
Święty mocny
Wyjdzie z chłodnej  konchy
Popłynie sobie popatrzeć
Na koniec
Po spełnieniu
Przemienieniu
Nauce danej
Bądźcie dobrzy
Nie pijcie tak
Memento mori

Znowu wybuchnie
Potężna nawała
Niechaj będzie

Najpierw zachyboce
Majestatycznie
Metaliczny
Srebrny
Znaczek na kiju
Kwintesencja
Istota
Potem zafalują
Szkarłaty
Błękity
A to Katarzyna
Panna święta
A to Franciszek
Co mu ptaszki  chodzą po głowie

Panny malowane
Jedna przez drugą
Uniosą dostojnie
Na desce malowaną
Świętą Panienkę
N dwóch kołkach

Rumianki o białych płatkach
O łebkach płowych
Nie tak żółcią zadanych
Jak u właściwej odmiany
Bo to tylko przenośnia
Nieudolna
Przy takiej okazji
Należy się naszym jeszcze nierozkwitłym
Komplement
Całe w dygach

Jest wśród nich
Jedna mała roślinka
Dźwiga wielki kielich kosza
W ukłonach dyga
Niech widzi kto ma widzieć
Że robi to z gracją
Potem pyta
Powiedz jak było
Powiedz
Czy mnie widziałaś ?
Widziałam

Dyga z powagą
Sypie pod nogi
Mai dróżkę
Bo dzisiaj wyszedł z chłodnej konchy
Popatrzeć sobie
Poprzebywać w swojej własności
Pośród tych co go przyjęli

Za białym orszakiem
Całym w ukłonach
Rząd  okapturzonych
Spadziście do ramion
I ten najmniejszy
W  miedzianej misce bryłki
Kondensat woni
Okruchy żywicznych łez
Ziele pachnące
Ten mały
Grudki dosypuje na żar
Gdy inny
Kołysząc  kopiastą czarą
Podtrzymuje w pogotowiu
Dymek wonny a siny

Zaszczyceni rangą
Chwałę głoszą
W płomiennych dzwonieniach
Na zmianę
Bo im więdną
Z udręki
Dźwigania ramiona

Trzy razy dzyń dzyń dzyń
Trzy razy dzań dzań dzań
Trzy razy dziń dziń dzin
Trzy razy dlań dzań dzań

Teraz dopiero płynie
A dostojnicy
Starcy wybrani
Zasłużeni
Szczególnie zasłużeni
Nie byle kto
Unoszą ponad wszystkim
Strojny dach
Złotem srebrem przetykany
I pod ramiona podtrzymują
Niosącego w złotej oprawie
Święte

Po czterykroć
Korowód pokorny
Zewrze się na czterech rogach
Ich małego świata
A tu się uniesie
W błękity niebieskie
Tu  czytanie sprzed wieków
I gruchnie głosami
Pokorna prośba


Jak to jest tradycją
W ten dzień
Ma zwyczaj doświadczać ich Bóg
Wiarę jak kruszec  zębami próbuje
Zsyłając ziąb chwilowy
Mżawkę 
Zawianie pyłem z ich dróg
Prosto w twarz
Ale oni pełni wiary
Nie ulegają rozproszeniu
Jest to próba łagodna
Na niby
Nie jest ona na miarę Hioba

Po tej ważnej powinności
Odwiedzinach wzajemnych
Odprowadzaniu w zacisze
W samotnię niesamotnię
Bo przecież mieszka wśród nas
Rozpływa się kolorowa mozaika
Tonie przy obfitościach wonnych

A ta mała
Dumna z dygów
Czy mnie widziałaś?
Widziałam

A ten od miski z woniami
Czy mnie widziałaś?
Widziałam




















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz