L o s p a n n y ł a g o d n e j
Taki jest los
Panny łagodnej
Do niej ostatniej
Wąż zdradliwy dotrze
Gadek
Do niej figliki
Zabłyski
Chodzące od oczu do oczu
Od krańca do krańca
Nie trafią
Jeno tańcują nad głową
Aż jej starucha
Wieść straszliwą poda
Na tacy słów kamiennych
Jeszcze wtedy
Kryje się jasność
Pod spłoszonym wzrokiem
Ale dojrzeje niedowierzane
Wtedy dopiero
Głaz granit
Dopadnie piersi
Dotąd były tylko milczenia
Trzymanie żaru pod strawą
Czekanie niewiadome z misą
Gdy powroty nie te co zawsze
Drzemanie na ławie
Łowienie skrzypień znajomych
Znajomych skomleń
Czekanie w milczeniu
W szorstkich białościach
Na dawkę potwierdzeń
Ugaszanie ogniem
Niedopełnionego
Dotąd były hardości nagłe
Wybuchy niedokończone
Lęki w odpowiedzi
Domysły bojaźliwe
Szukanie w sobie
Szukanie w bruzdach
Brązach
Śladach lata
Były jeszcze zaniechania
Chadzek leśnych
Spytek odpytek
Pogróżek udanych
Nad kajetem
Nie było spowolnienie kroku
Równania do najsłabszej
Ale głuchy marsz niedzielny
Kłaniania się ślepe
Niedojedzenia
Nieobecności nieodgadnione
W domysłach płonie łagodna
Pierwsze płonienie
Zadrę nosi
Drugie płonienie
Tajemnicę chowa
Trzecie płonienie
Złe opętało
Dotąd dobrotliwego
Na ostatku przyszło
Niedopuszczane czarostwo
Odpędzane niewiarą
Wśród boleści
Największych boleści
Ból przyniosła starucha
Takie wiary przychodzą z trudem
Aż przyczajenie odważne
Jedno mignienie w ciemni
Jeden szept za opłotkiem
Przyprowadziły
Odtąd noce nietajne
Oczu wilgociom
Wyrzutu ni skargi nie roni
Panna łagodna
Rankiem zamrze gniazdo
Trójka dąży przez knieje
Za siódme góry lasy
Do ostatniej ostoi
Ta zawsze przygarnie
Póki jest
Na żałość leku nie znajdzie
Choć słowa ciepła jak zawsze
Płynie czas zawieszony
Na spince oczekiwania
Zjawi się skruszony
Zwycięski nie odejdzie
Panny łagodnej
Do niej ostatniej
Wąż zdradliwy dotrze
Gadek
Do niej figliki
Zabłyski
Chodzące od oczu do oczu
Od krańca do krańca
Nie trafią
Jeno tańcują nad głową
Aż jej starucha
Wieść straszliwą poda
Na tacy słów kamiennych
Jeszcze wtedy
Kryje się jasność
Pod spłoszonym wzrokiem
Ale dojrzeje niedowierzane
Wtedy dopiero
Głaz granit
Dopadnie piersi
Dotąd były tylko milczenia
Trzymanie żaru pod strawą
Czekanie niewiadome z misą
Gdy powroty nie te co zawsze
Drzemanie na ławie
Łowienie skrzypień znajomych
Znajomych skomleń
Czekanie w milczeniu
W szorstkich białościach
Na dawkę potwierdzeń
Ugaszanie ogniem
Niedopełnionego
Dotąd były hardości nagłe
Wybuchy niedokończone
Lęki w odpowiedzi
Domysły bojaźliwe
Szukanie w sobie
Szukanie w bruzdach
Brązach
Śladach lata
Były jeszcze zaniechania
Chadzek leśnych
Spytek odpytek
Pogróżek udanych
Nad kajetem
Nie było spowolnienie kroku
Równania do najsłabszej
Ale głuchy marsz niedzielny
Kłaniania się ślepe
Niedojedzenia
Nieobecności nieodgadnione
W domysłach płonie łagodna
Pierwsze płonienie
Zadrę nosi
Drugie płonienie
Tajemnicę chowa
Trzecie płonienie
Złe opętało
Dotąd dobrotliwego
Na ostatku przyszło
Niedopuszczane czarostwo
Odpędzane niewiarą
Wśród boleści
Największych boleści
Ból przyniosła starucha
Takie wiary przychodzą z trudem
Aż przyczajenie odważne
Jedno mignienie w ciemni
Jeden szept za opłotkiem
Przyprowadziły
Odtąd noce nietajne
Oczu wilgociom
Wyrzutu ni skargi nie roni
Panna łagodna
Rankiem zamrze gniazdo
Trójka dąży przez knieje
Za siódme góry lasy
Do ostatniej ostoi
Ta zawsze przygarnie
Póki jest
Na żałość leku nie znajdzie
Choć słowa ciepła jak zawsze
Płynie czas zawieszony
Na spince oczekiwania
Zjawi się skruszony
Zwycięski nie odejdzie
Łagodnej łagodność tężeje
Pod strzechą grzesznego
Ziejąca pustka
Zaskakująca
Nieprzewidziana
Choć Jagna
Omotanie jasne
Modliszka szalona
Tuż tuż
Pustka ziejąca
Mimo chichotów słodkich
Zieje niedostrzeżone
Zieje oczywiste
Codzienne
Normalności zatracone zieją
I Jagna
Modliszka zdradliwa
Uciążliwość ciążąca
Robaczywość
Udrękę zadaje
Zasiewa ucieczkę
Aż pękną lody
Wybuchnie raz i drugi obudzenie
Powrót zza tumanu
Przejrzenie trzeźwe po durze
Jeszcze tylko jawnogrzesznica
Umknie niemo
I chichot zabrzmi jej chytry
Z powały spadnie zwał satrapa
Sromota oplecie plecy
Skruszony zatęskni
Za niedostrzeżonym
Codziennym
Oczywistym
Normalnością zatraconą
Pędzą spienione
Rumaki szalone
Koła turkoczą
Wiatry się wiją
Ciemna godzina
Słota zacina
Kroplistym warkoczem
Baty trzaskają
Wyje gadzina
Kobyłki stają
Dęba na mości
Biesy na drodze
Ku przestrodze
Wracaj wracaj
Do grzesznicy
Do jej ciepłej
Do łożnicy
Hulaj hulaj
Póki chce cię
Jeszcze tydzień
Jeszcze miesiąc
Do utraty do zatraty
Wracaj brachu
Czartu braty
Tyle przeszkód
Pędzą zjeżone
Śmiga grzesznik
Nawrócony
Ciemne lasy
Wilki w kniejach
Szelest jakiś
Co się dzieje
Księżyc gaśnie
Ćma zapada
Ziąb świdruje
Wiedźma gada
Strzechy widać
Tam jest ona
Czy przywita
Gna skruszony
Grzesznik winny
Za trzy góry
Za doliny
Już przy wrotach
Pędzą zjeżone
Śmiga grzesznik
Nawrócony
Ciemne lasy
Wilki w kniejach
Szelest jakiś
Co się dzieje
Księżyc gaśnie
Ćma zapada
Ziąb świdruje
Wiedźma gada
Strzechy widać
Tam jest ona
Czy przywita
Gna skruszony
Grzesznik winny
Za trzy góry
Za doliny
Już przy wrotach
Woła woła
A tam
Cisza
Głuchota
Milczenie
Wrota wysadzi
Bierzy przez sienie
Wracaj wracaj
Głusze grobowe
Woła wracaj
Woła skruszony
Choć nie pada słowo
Świat cały zasnął
Świec migotanie
Przędą niewiasty
Wrzeciona skrzypią
Dwoje w kajetach
W ściszonych szeptach
Aż tu
Zjawa w dźwierzach
Świetlistość
Dwoje krzykną
Radość szczera
Szczebioty u ramion
A z głębi szepty nieme
I maci mgielne łzy
Tu takim miejsca nie na
Do tamtej sobie idź
U dźwierzy milczenie
Na barkach grzechu grudy
Skrucha w kamieniu
A żałość żłobi bruzdy
Do tamtej sobie idź
Do tamtej
Po tobie tutaj nic
A tu się łzy puszczają
Płyną hojne szczebioty
Że tamtym żałość taje
Ugoszczą w ten czas słotny
Ćma głucha milczenia
Nad wieczerzą wisi
Gościnna ciężka dla gościa
Dla gospodarzy ciężka
Gościna bezgłosa
Tylko u ramion
Wiszących dwoje
Nadzieja dla dwojga
Nadzieja
Rozumnej rozjemczyni
Popłyną płacze pomocne
Skrucha kamiennych warg
Zwietrzeją gorycze i octy
Przebaczeń wskrzesi się dar
Zbłąkany jeszcze
Misterium odnowi sprzed lat
Pod chmurą jesienną
Jesienną strzechą
Radości z odzyskanego
Nie ujawni przezorna
Tak poradziła rozjemczyni
Popłyną dni nieufne
Słowom odejdzie pół znaczeń
Odnalezione własności
Pokryte śniedzią
Może rytownik czasu
Rzemieślnik wytrwały
Oczyści odnalezione
Wybaczająca z natury
Dostrzeże naturalność
Upadku anioła
Może wtedy wróci
Od długo
Niebyłe
Taki jest los
Panny łagodnej
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz