Pasowanie


P i e r w s z e   p a s o w a n i e

Pośrodku
Schludny czerwony
Rzędem czarnych oczu błyska
Niedziela i popołudniem
Ciszą tajemną kusi
Niedziela i popołudniem
Strzeżony gęstym rzędem
Sękatych strażników
Dla spojrzeń dostępny
Nie dla pragnień
A gdy manewry w pobliżu
Nawet wojny
Co przekroczą zakazany rewir
Lub wtargnie wataha
Za kulą grząską
Ze starej kapoty
Ściągniętej ze stęchłego strychu
To zjawa wyrasta
A jak nie huknie tupnie
Poleje potokiem
Obelżywych obelg
Diablica wynajęta
Mokrą szmatą szast
To pierzchają wojska
W rozsypkę idą drużyny
Gubiąc swój szmaciany skarb
Stoi tajemniczy
Dla spojrzeń dostępny
Nie dla pragnień

Tam codzienne gwary
Przetykane rytmicznie
Godzina ciszy
Dla jednego czas mówienia
Czasem niesie się
To smętne to wesołe
Nieudolne naśladowani
Pieśniarek znad potoku

Tam jasełka
W ciasnocie nieopisanej
Zamienionej w teatr
W  czasie zabaw
Rozpalą nocą cały pałac
Aż w niebo pójdzie żar
Buchnie w dal
Bębna dudnienie
Bo skrzypek i fletów
Echa nielotne

Tylko dla dorosłych

Niedługo ukoją tęsknotę
Ciągotki  ustąpią stępione
Bo oto powie przy stole
Nareszcie nareszcie mama
W tym roku pójdziesz mój mały do szkoły

Oj święto dziś święto
Daleki świat wzywa
Już wstaje dzień piękny
Chomonta na grzywach
Od rana krzątanie
Od świtu zaprzęgi
Kobiałki wśród siana
Wysłany wóz miękko
Świstają batogi
Turkoczą klekoczą
Wjeżdżają na drogi
Wioskowe karoce
Pojadą do miasta
Pojadą w jarmarki
Oś skrzypi o piasty
Na wozach pogwarki

A drogi piaszczyste
Parują aż zady
I piana na pyskach
Nie szybko zajadą
Wóz stuka za wozem
W uliczkach już tłoki
Na szyjach powrozy
A w workach obroki
Godzina dziewiąta
Ucichły turkoty
Jarmarku początek
Wzrastają obroty

Na ławach piękności
Serdaki kogutki
Podkowy i gwoździe
Złożone równiutko
I harmonijki
Rzędy pierników
Wszech maści piłki
I kredek bez liku

Tu dąsy tam targi
Wśród ciżby jarmarcznej
Tam swary pohuki
Gdakania i rżenia
Ktoś śmieje się długo
Ktoś pieniądz rozmienia
Tam piwa się toczą
Tu dłoni przybici
To uczta dla oczu
Tu wszystkich się żyć chce

Myszkuje wśród kroci
Wataha dziecięca
O mamo daj grosik
Daj dwa albo więcej
Kup tato pistolet
Kup mamo odznakę 
Gdy pójdę do szkoły
To będę junakiem
Z supełków grosz znika
I wozy się pełnią
Kupili bez liku
Marzenia się spełnią

Powroty wieczorne
Z dalekiej wyprawy
A pełen jest worek
A w nim szkolne skarby
Radości chichotki
Zachwyty przymiarki
Nie będzie już odtąd
Siedziało na karku
Dzieciństwo sromotne
Lekceważenie
Czas mija niegodny
Przyjdź szkolne wcielenie

Po zbożach są rżyska
Przychodzi czas śliw
Gotowe wisi ubranko
Bezsenność w ostatnie noce
Z gdy w ten dzień kur znak da
Już liczy chwile
Na nogach już
Choć mama woła
Spij synku czas jeszcze

Ciągną ciemne kwiaty
I całe w kokardach
Cekinach wstęgach
W podkasanych krynolinach
A pod nimi pokusy tajemne
Puka zapach dorosłości

Wśród opłotków drożynek
Ciągną chmarki w świergotach
Poważni dostojnicy
A tamte uczepione spódnic
Na pierwsze pasowanie dzieciństwa
Z ciężarem pierwszej dawki wiedzy
Witane są nadzwyczajnie
Przemową oklaskiem
One są dziś wszystkich maskotką

Odtąd przestanie być
Tajemniczym pałacem
Pośrodku
Za rzędem sękatych strażników
Schowana szkoła
I odtąd będą mogli grać
W piłkę szmacianą
W nudne popołudnia
Pierwszoklasiści



















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz