G o r z k i e p o ż e g n a n i e
Łomot u drzwi
Łańcucha trzask
I suczy skowyt
Jeszcze nie świt
Śpiąca jak głaz
Zrywa okowy
Łomot u drzwi
Okienny brzęk
Zaśpiewa kogut
Ktoś podjął trud
Uwolnić z pęt
Sennej okowy
Kaganka błysk
Zazgrzyta kluczu
Postać u progu
Ktoś wręcza list
Teraz się trudź
Czytaj na trwogę
…zabrać na drogę
Na trzy dni
Stawić się o godzinie
Niniejsze pismo upoważnia
Na przejazd darmowy
Zapłonął w szkiełku ognik
Nad paleniskiem skwierczą skwarki
Pół bochna boczek legną w sakwie
Na obrus kapie kropla słona
Milczące pożegnanie
Łańcucha trzask
I suczy skowyt
Jeszcze nie świt
Śpiąca jak głaz
Zrywa okowy
Łomot u drzwi
Okienny brzęk
Zaśpiewa kogut
Ktoś podjął trud
Uwolnić z pęt
Sennej okowy
Kaganka błysk
Zazgrzyta kluczu
Postać u progu
Ktoś wręcza list
Teraz się trudź
Czytaj na trwogę
…zabrać na drogę
Na trzy dni
Stawić się o godzinie
Niniejsze pismo upoważnia
Na przejazd darmowy
Zapłonął w szkiełku ognik
Nad paleniskiem skwierczą skwarki
Pół bochna boczek legną w sakwie
Na obrus kapie kropla słona
Milczące pożegnanie
Znika w gorączce w uniesieniu
Ostatni łyk maślanki
Jeszcze spojrzenie śpiącym w twarze
Ukłon nad czołem
Ślad wilgotny
Jeszcze zadany znak u wyjścia
Już chłodu resztką noc obmywa
Teraz sobaczy skowyt słodki
Dłonią po łbach pieszczoty dawka
Dwoje u furty dwoje w opłotkach
Dwoje i dwóch dwoje i jeden
Ojce synowie matki żony
I czekające na swój dzień
Na swoje pierwsze pasowanie
Chodacze ślady w koleinach
W pochód zestalą się gromadny
Tu szloch niewieści tu wzdychania
I coraz skąpszy raban psi
Świtem staną popasem w miasteczku
Tu ich poranny pociąg pochłonie
Nie żal rękawa nie żal chusteczki
Inaczej wiążą mężowskie dłonie
Gasną inaczej pożegnań szepty
W mężowskich barkach kobiece szlochy
Takich pożegnań nie było przedtem
Nie odchodź jeszcze bądź chwilę jeszcze
Taka jej bliskość jak nigdy dotąd
Takiego w twarzy nie miała światła
Dla takiej trzeba pójść do okopów
Dla takich śmiercie ponosić łatwiej
Takich dłoni nigdy nie miał
Milczenia takiego nie miał nigdy
Takiej hardości nigdy nie miał
Troski takiej nie miał nigdy
Bliskości takiej nigdy nie było
Takiej pustoty nie było nigdy
Sapiący diabeł porwał wszystkich
Wracają baby
Na przełaj przez rżyska
Duchoty pełno
Żaru zanadto
Niosą w miseczkach
Nieukojenie
Mrozy nierozpuszczalne
Żaden żar ich nie zmorze
Aż wrócą z tarczą wezwani
Witają pomruki
Witają gdakania
Witają potężne walki
Na łańcuchowej uwięzi
Witają u progu oczekujący
Falsety i gęś
Kiedy powróci
Z podróży tej
Czekajcie bądźcie posłuszne
Ciemne spojrzenia
Nie płaczcie i nie marudźcie
Płoche ucieczki
Niema prawda grzęźnie w ustach
Pobiją wróci
Nieme ucieczki
Głowy u progu w dłoniach
Tu ściszone falsety
Tu gęślowe załkania
Wiszą u powiek cień
Złożone w matczynych kolanach
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz